<title_newspaper=Przekrj> 
<title_article=Dziwny tekst> 
<author_1=>
<author_2=> 
<language=pl> 
<style=press>
<year="1952">
<month="4">
<date=1952-04-06>
<period=w>
<status=1_obieg>
<support=paper>
Jest ciepy, pogodny wieczr. Tum wolno snuje si chodnikiem. Ludziom, upojonym pierwszym podmuchem wiosny nie spieszno do domw. Jeden tylko Jzek pieszy si. Troskliwie dziery bukiecik fiokw, zmity ju nieco dugim gnieceniem go w rku i pdzi co tchu przed siebie. Trudno mu przebi si przez rzesz przechodniw, wic denerwuje si i klnie w duchu koleg, ktrego niefortunne odwiedziny odwloky jego wyjcie z domu. C robi, pech. Mimo to spni si nie moe. Jeli nie przyjdzie o umwionej porze, ten kto, kto go oczekuje, gotw zniecierpliwi si i odej. Nie, to niemoliwe  myli Jzek  to by byo nieszczcie po prostu okropne! Zezuje w popiechu jednym okiem na pobliski sklep jubilerski. W oknie sklepu widnieje chronometr, ktry informuje go, e jest w tej chwili pi po szstej. No, mogo by gorzej! myli Jzek i pdzi przez jezdni, by skrci sobie drog. Jeszcze sto metrw i moe ju dostrzec miejsce u zbiegu trzech ulic, gdzie si umwili. Musi dobrze wyty wzrok, by odrni w tym tumie i z odlegoci sylwetk swojej dziewczyny. Zosiu!  krzyczy wniebogosy Jzek.  Zosiu, jestem! W tym momencie syszy koo uszu ttent koni i potny turkot wozu. Widzi, e mierzy w niego ciki, okuty dyszel. Lecz ju si nie cofnie. Wytywszy resztki si i przytomnoci, ryzykuje wielki skok wprzd, polizguje si i szoruje brzuchem po bruku wprost pod nogi Zosi. Nic si nie bj  mwi do niej i podnosi si, zdrw i wes  niebezpieczestwo mino. To gupstwo, e zniszczyem troch sweter, grunt, e si nie spniem. Sweter ci oczyszcz  syszy w odpowiedzi gorzej, e w brzydki sposb przekroczye przepisy ruchu ulicznego, przebiege bowiem jezdni w nieodpowiednim miejscu.
</support> 
</status> 
</period> 
</date> 
</month> 
</year> 
</style> 
</language> 
</author_2> 
</author_1> 
</title_article> 
</title_newspaper>